W podróży

Mało czasu na pisanie i robienie zdjęć. Przez ostatnie 72 godziny spędziliśmy 45 godzin w samolotach, pociągach i autobusach. W rezultacie przenieśliśmy się z Cusco do Berlina, czyli jesteśmy już na starym kontynencie. Prawie w domu. Wychodzi na to, że to koniec tych wczasów.

Kasia narzekała, że dodałem mało zdjęć z Boliwii z Salares de Uyuni. Poprawiam się zatem i wrzucam trochę. To niesamowite miejsce i jedna z lepszych wycieczek jakie zrobiliśmy.

Land Cruiser, w którym spędziliśmy 3 dni

Laguna Colorada

Salares de Uyuni

Poranna kąpiel w gorących źródłach. Temperatura powietrza 4 stopnie, temperatura wody 38 stopni, wysokość nad poziomem morza 4800 metrów.

Laguna Verde, która nie jest verde bo nie ma wiatru, który sprawia, że poruszają się algi i całość zabarwia się na zielono.

Droga do Cusco czyli pępka świata (obecnie turystycznego)

Autobus z Copacabany do Cusco to dwa autobusy. Pierwszym jedzie się zaraz za granicę do Puno, gdzie przesiada się w drugi, który jest większy i ładniejszy i jeździ do Cusco. Zaczęło się niewinnie i zgodnie z planem dojechaliśmy do Puno. Tam przesiedliśmy się w zupełnie nowocześnie wyglądający autobus firmy Libertad. Boliwijskie i Peruwiańskie autobusy są bajecznie tanie lub niewyobrażalnie tanie. Te ostatnie różnią się od tych pierwszych tym, że zatrzymują się bardzo często żeby zabierać i wysadzać pasażerów. Bardzo się zatem cieszyliśmy kupując autobus o nazwie Bus Directo czyli taki co to zatrzymywać się nie miał. Wielkie było nasze zdziwienie gdy góra po 30 sekundach od wyjechania z terminalu w Puno, zatrzymaliśmy się żeby zabrać tych wszystkich, którzy nie chcieli wsiadać w terminalu i płacić 1 sola podatku za korzystanie z tegoż terminala. Potem było już coraz gorzej i zatrzymywaliśmy się w każdej najmniejszej dziurze i wioseczce i zabieraliśmy bezzębne babcie w kapeluszach, które siedząc na podłodze żuły liście koki i rolników z piłą mechaniczną i rybami i serię matek z płaczącymi dziećmi i przemytników herbatników, którzy ostatecznie przegrali walkę z urzędem celnym i musieli oddać parę kartonów, które najwyraźniej wykraczały poza dopuszczalny prywatny import herbatników z Boliwii. Były też przemytniczki kurtek skórzanych, które rozdały swoje produkty zwykłym podróżnym w autobusie, z prośbą żeby udawali przez te parę godzin, że te kurtki są ich, co uratowało je od dzielenia się przychodami z policją celną, która co wiemy ze zdania poprzedniego w końcu jednak zatrzymała Libertad i teraz zajada się herbatnikami. Po drodze wsiadało też kilkoro dzieci w wieku przedszkolnym, sprzedających mate w foliowych torebkach i mobilna kuchnia polowa złożona z pomiatającej szefowej oraz pomiatanej podkuchennej oraz z ogromnego worka pieczonych ziemniaków, połówki pieczonego barana i dzbanka sosu chili. Szefowa wprawnym ruchem rąbała barana kuchennym nożem w tym samym miejscu gdzie zwykle w piętrowym autobusie znajduje się automat do kawy i sprzedawała w plastikowych woreczkach zestawy ziemniaczano-baranio-chili w cenie od 5 do 10 soli w zależności od jakości urąbanego kawałka. Wprawne oko dopatrzyło się, że z połówki barana zwisały ciągle dwa sporej wielkości baranie jaja więc można w zasadzie powiedzieć, że była to większa jego połowa. Wszystkie torebki po zjedzeniu wyleciały oczywiście za okno zasilając morze syfu, które John Plastik tworzy także w Ameryce Południowej..
Dzięki tym wszystkim atrakcjom, nasz autobus zdołał na 7 godzinnej trasie osiągnąć półtorej godziny spóźnienia. Na ostatnią godzinę tuż przed dotarciem do Cusco wsiadł sprzedawca leków i obiecał zająć tylko 5 minut. Miał eleganckie buty, szary sweter, dżinsy i dużą, czarną, skórzaną walizkę sugerującą, że jeśli nawet nie jest lekarzem to mógłby nim być. Prezentację rozpoczął od pytania kto z pasażerów ma problemy z zaparciami oraz niestrawnością. Nikt się nie przyznał ale wcale go to nie zraziło. Potem było coraz ciekawiej bo przeszliśmy razem przez choroby układu pokarmowego, infekcje szyjki macicy, raka piersi i prostaty, choroby układu oddechowego żeby zakończyć na impotencji oraz ogólnie rozumianej długowieczności. Wszystkie te problemy mogliśmy zwalczyć lub im zapobiec, zapewniając sobie jednocześnie erekcję od 25 do 40 minut za jedyne 8 soli za pudełko lub 12 za dwa pudełka. Oferta całkiem kusząca bo jak wyliczył sprzedawca już za jedyne 48 soli mogliśmy wydłużyć swoje życie o kilka lat. Gdyby tego było nam mało mogliśmy też stać się dystrybutorami tego cudownego leku na wszystko i po zakupieniu ośmiu opakowań otrzymać dwa gratis.
O 20 dojechaliśmy do Cusco. Trochę zmęczeni, ale po ostatnich 3 miesiącach przestaliśmy liczyć jako podróże autobusem wszystko co jest krótsze niż 17 godzin.

Kilka zdjęć z Cusco i okolic

Boliwijska Amazonia

Rurrenabaque leży na 176 metrach wysokości i technicznie rzecz biorąc jest częścią Amazonii. Nie ma tu śladu po rozrzedzonym powietrzu, wręcz przeciwnie powietrze w dzień jest ciężkie i lepkie, a w nocy zapełnia się niezliczoną gęstością komarów. Do Rurrenabaque z La Paz jest tylko 400 kilometrów, ale żeby tu przyjechać trzeba spędzić 20 godzin w ubłoconym po szyby autobusie lub płynąć 5 dni tratwą albo 3 dni łodzią. Ostatecznie można zrobić to co my czyli przylecieć liniami lotniczymi Amaszonas.

Lot z La Paz trwa 45 minut i jest doświadczeniem samym w sobie. Start z najwyżej położonego lotniska na świecie, które ze względu na rozrzedzone powietrze ma dłuższy pas startowy, potem ostry skręt w prawo w stronę gór i szybkie wejście z 4000 metrów na ponad 6000 żeby przelecieć nad górami zanim samolot zniknie w prawie zawsze uczepionych ich chmurach. Nasz samolot składa się z dwóch silników, skrzydeł, kadłuba i dwóch pilotów. Przy dokładnym przyjrzeniu można zobaczyć, że śmigło lewego silnika jest nieco inne od tego przy prawym. Najwyraźniej któreś się popsuło i w sklepie z częściami nie było od kompletu.

Rozkładowo nasza maszyna zabiera 20 zdezorientowanych osób, które siadają w jedynych dwóch dostępnych rzędach i modlą się o to żeby ten lot zabrał ich do Rurrenabaque a nie do krainy wiecznych łowów. Między kabiną pilotów a przedziałem pasażerskim nie ma drzwi więc należy uodpornić się na mrugające na czerwono diody i wydające niepokojące dźwięki przyrządy pokładowe. Napis pod mało przezroczystym oknem głosi, że w przypadku dekompresji personel pokładowy rozda maski tlenowe i byłoby to bardzo uspokajające gdyby nie fakt, że personelu pokładowego nie ma. No chyba, że chodzi o pilotów, ale to już chyba wolałbym żeby zajęli się jednak w takim niefortunnym przypadku pilotowaniem.

Wylądowaliśmy na wyrwanej z dżungli asfaltowej przecince, która wygląda jak przypadkowo wybudowany kawałek absurdalnej drogi donikąd. Nie ma wieży kontrolnej, nie ma hangarów, nie ma innych samolotów ani hali przylotów, generalnie nie ma nic oprócz kawałka asfaltu i autobusu, który wygląda jakby przyjechał z Indii. Za sześć Boliwianos autobus zabrał nas i nasze bagaże błotnistą drogą do miasta, do biura linii lotniczych. Ulice Rurrenabaque są wybetonowane. Po ich bokach z obu stron ciągną się głębokie rowy, które w porze mokrej zapełniają się tysiącami litrów deszczu. Nie zawsze są dobrze przykryte więc szczególnie w nocy chodząc marnie oświetlonymi bladym, energooszczędnym światłem ulicami trzeba bardzo uważać.
Miasto żyje z gringos co widać na każdym kroku. Agencje turystyczne, pizzerie, bary i sklepy wyrosły jak grzyby po deszczu i tylko czasami pomiędzy tymi turystycznymi jest wetknięty jakby przez przypadek sklep zupełnie lokalny, który przypomina, że żyją tu też normalni ludzie. Tacy, którzy potrzebują garnków, ubrań czy mięsa na obiad. Na przykład w samym centrum, tuż obok kilku agencji turystycznych, jest sklep z mięsem przed którym na leżaku siedzi rzeźnik i pali papierosa. Zaraz tam gdzie kończą się jego nogi stoją rządkiem na chodniku obcięte krowie głowy. Wczoraj kiedy wracaliśmy po całym dniu spędzonym nad pięknie położonym na wzgórzu basenem, bezdomny pies wyjadał z jednej z głów resztki krowiego mózgu.

Rurrenabaque to punkt wypadowy do parku narodowego Madidi albo na pampy. W obu przypadkach podróż zaczyna się od 3 godzin w samochodzie, który z trudem przedziera się przez 120 kilometrów błotnistej drogi, o którą nikt nie dba bo poza jednym jedynym ranchem droga prowadzi przez ziemie niczyje. Czasami autobus musi czekać dzień lub dwa żeby woda opadła i dało się przejechać więc podróż do Rurenabaque może trwać nie 20 ale 48 godzin. Kiedy dwa dni temu wracaliśmy z naszej wycieczki, minęliśmy po drodze dwie ciężarówki, które czekały aż opadnie woda. Ich kierowcy stali na poboczu i spokojnie łowili w mętnej wodzie piranie na kolacje.

My też łowiliśmy piranie, ale dzień wcześniej i z łódki na jeziorze. Trochę dziwnie jest łowić ryby na wołowinę, ale to zdecydowanie najskuteczniejszy sposób. Piranie są małe i mają wredny wyraz rybiej twarzy z której wyrasta garnitur ostrych jak brzytwa zębów. Musiały być ich setki pod naszą łódką bo zarzuciwszy żyłkę z haczykiem, na którym wisiała mała grudka mięsa, nigdy nie trzeba było czekać dłużej niż 15 sekund na reakcję. Nie oznacza to wcale, że było łatwo, bo piranie są szybkie jak błyskawica i najczęściej udawało im się zjeść przynętę zanim nam udało się pociągnąć za żyłkę. W paru przypadkach jednak to my byliśmy szybsi i dlatego na kolację mogliśmy spróbować smażonych piranii. Poza doświadczeniem wędkarskim pływaliśmy też w nocy szukając kajmanów, poszliśmy do dżungli znaleźć anakondę, pływaliśmy w rzece z delfinami i odganialiśmy o zmierzchu hordy komarów patrząc na ostatnie promienie dziennego światła, a potem wracaliśmy przez godzinę nawigując po rzece tylko przy świetle księżyca. Było ekstra,było warto. Rurrenabaque to gringolandia ale fajna.

Płyniemy nocą szukać kajmanów

Patrzymy w górę jak niebo nad Amazonią ciemnieje

Pozdrawiamy przodków

Widok na La Paz

Boliwia

Z Salares de Uyuni do La Paz, z La Paz do Copacabany (nie tej tylko tej drugiej… tej Boliwijskiej), a potem znowu do La Paz skąd dziś wieczorem lecimy do Rurenabarque żeby spędzić 5 dni w dżungli i na pampie. W planie łowienie piranii, szukanie anakond i tym podobne. Jak dobrze pójdzie to 1 maja będziemy w… La Paz żeby wsiąść w autobus do… Copacabany, spędzić tam noc i następnego dnia pojechać do Cuzco. Czas zbliżać się do Limy bo już zaraz czas wracać do domu…

Najwyżej położony cmentarz kolejowy:

Niemoc

Ogarnęła nas niemoc idealna. Pustka twórcza i zmęczenie wysokościowe. Nie chodzimy tylko przepychamy nogi do przodu a każdy oddech to jak ostatnie tchnienie. W głowie oprócz bólu jest próżnia. Zmuszamy się do tego żeby codziennie choć przez chwile iść ulicami pełnymi rozrzedzonego powietrza LaPaz i bardzo nam się podoba tylko nie chce nam się patrzyć bo oczy zamglone a w głowie się kręci. Przez ostatnie 4 dni byliśmy jak rośliny. Stan irytujący i dotąd mało znany. Nie widać horyzontu… zupełnie jak na Salar de Uyuni.